Ice Bucket Challenge miał początkowo na celu uświadamianie społeczeństwa o istnieniu choroby ALS zwanej stardnieniem bocznym zanikowym. 

Udokumentowaniu wylewania na siebie kubła zimnej wody miało towarzyszyć wpłacanie pieniędzy na fundację. Wyzwanie bardzo szybko ewoluowało. W pewnym momencie, gdy nominowana osoba nie podołała zadaniu, musiała - owszem - zapłacić. Ale za obiad. Swojemu znajomemu. 

Nie trzeba było czekać długo, aż w sieci pojawią się kolejne challenge. 

Beer Challenge - kto szybciej wypije piwo. Bee Challenge - zdjęcia dziewczyn topless ze stanikami na oczach. Pożywka dla próżności tych chojnie obdarzonych i dla mężczyzn chętnie podziwiających kobiece wdzięki. W tle zaś prawdziwy cel - zwiększenie świadomości społeczeństwa na temat raka piersi.

Sock in a sock. Penis w skarpecie miał unaoczniać problem raka jąder. Fire Challenge. Podpalanie i szybkie gaszenie części ciała. Przeciąganie kondomów nosem do buzi. Choking Game - podduszanie. Mające na celu... No właśnie, co?

Coraz więcej wyzwań i coraz mniej sensu. Nawet nie wiadomo kiedy i gdzie zatarła się granica między działaniem charytatywnym a autopromocją swojej osoby. 

Psycholog społeczny, Konrad Maj w wywiadzie dla wirtualnemedia.pl powiedział:

Pomysł na tę formę łańcuszka opiera się nie tylko na fakcie, że wysyłamy komunikat, ale jest to jednocześnie zaproszenie do rywalizacji. Włączamy się w tą grę, aby nie ucierpiała na tym nasza samoocena. Dodatkowym bodźcem do działania jest zaproszenie na forum publicznym, potraktowane często jako wyzwanie. Widzę tutaj ogromne niebezpieczeństwo, polegające na fakcie, że dana osoba nie spełni określonego założenia, gdyż po prostu nie będzie w stanie tego zrobić, za co spotkają ją szykany ze strony otoczenia. To pewnego rodzaju przeniesienie zachowań z „realu”, kiedy licytujmy się na ilość wypitego alkoholu, co często spotyka się z aprobatą towarzystwa. Powstaje pytanie: „Co będzie, jeśli tego nie zrobię?”. Ludzie przyjmują zaproszenie do tej gry, gdyż nie chcą się czuć źle. Poza tym, skoro inni też to robią, to znaczy, że ma to jednak jakiś sens.

Ostatnia moda polega na wrzucaniu sobie na głowę prezerwatywy wypełnionej wodą. Po co? Aby zwiększyć świadomość na temat antykoncepcji. Zdania co do sensu organizowania tego typu akcji są podzielone. Jedni uważają je za głupie i niepotrzebne, drudzy zwracają uwagę na to, że działania oparte na viralach naprawdę docierają do szerokiej rzeszy odbiorców i unaoczniają problem. 


Czy rzeczywiście "wyzwania" są bardziej zasięgowe i efektowne niż pomysłowe kampanie społeczne? 


Gdyby cała energię z przeciągania prezerwatywy przez nos do buzi włożyć w opracowanie ciekawej kampanii, pewnie powstałoby coś naprawdę wartego dzielenia się tym w social mediach. 


Ale cóż. Póki co, musimy się zadowolić właśnie tym.

 

|| Tekst: Ola Pakieła
|| Zdjęcia: @CodyPirkle/Twitter,  @Kat_Meow21/Twitter